środa, 20 lipca 2016

V

                Rano budzi mnie dźwięk nadchodzącego smsa. Odrzucam na bok kołdrę i leniwie przeciągam się jak jakaś rasowa kotka. Leżę na plecach i szukam po omacku dłonią mojego telefonu, który powinien być na szafce nocnej. Moment… O, jest. Przekładam go do drugiej ręki i wpisuję kod odblokowujący ekran. Klikam na kopertkę. Jakiś nieznany numer.
„Hej. :) Tak sobie pomyślałem, że byłoby miło, gdybyś przyszła na najbliższy mecz. Chłopcy się ucieszą. A skoro już mieszkasz w Barcelonie to prędzej czy później Cię dopadnę, więc nawet nie próbuj się migać. Podaj mi tylko adres, na który mam ci wysłać wejściówki. :D Dani”

„Po pierwsze: dlaczego budzisz mnie tak rano? Po drugie: nie wiem czy to dobry pomysł.”

„Dobry, dobry. Ok, jak już nie chcesz siedzieć blisko murawy, to załatwię ci na środkowy sektor. Tylko proszę, przyjdź. To dla mnie ważne. Dzieciaków nie będzie, a ty jesteś dla mnie jak siostra. Potrzebuję Cię na trybunach.”

„Przyjdę, ale ani słowa chłopakom”

„Trochę za późno…”

„Co?! Tak szybko? Komu już dążyłeś nadać?”

„Gerowi i Leo. Przepraszam. Wybaczysz?”

„Ok, ale wisisz mi piwo. :D I zarezerwuj mi bilety na jakichś lepszych miejscach dla moich pracowników, a potem ci oddam kasę. A teraz muszę już lecieć do pracy. Bilety wyślij na adres z wizytówki. Buźka :*”

                Ziewam i podnoszę się z wygodnego łoża. Idę do łazienki, biorę poranną toaletę, ubieram się i wychodzę z domu. Po kilkunastu minutach parkuję już pod siedzibą firmy. Zostawiam torebkę w biurze i schodzę do warsztatu. Chłopcy uwijają się jak mrówki. Z należytym szacunkiem i uwagą zajmują się meblami Enrique.
– Dobra, panowie. Chwila przerwy. Muszę wam coś powiedzieć – przysiadam na blacie.
– Coś się stało? – pyta ciekawski Lalo.
– Mhm. Mam nadzieję, że nie macie planów na sobotę, a jeśli macie, to chyba będziecie zmuszeni je odwołać – uśmiecham się.
– Czemu?
– Chcieliście bilety, tak? – kiwają głowami, więc kontynuuję – No to dostaniecie te na najbliższe spotkanie. Pasuje?
– Szefowo kochana! – drze się Paco, po czym podbiegają do mnie we czterech, biorą na ręce i podrzucają do góry.
– Wnioskuję, że się cieszycie. – śmieję się – Okay, to ja już zostawiam was w waszym królestwie. Jak przyjdą bilety, to dam wam znać.
                Wracam na górę i spoglądam na stojące na biurku zdjęcie. Jestem na nim ja, Shakira, Antonella, Javier, Lionel, Alves, Piqué, Rafihnia, Xavi, Bartra, Alexis, Cesc, Valdés i Tello. Stoimy wszyscy skąpo odziani w stroje kąpielowe nad brzegiem morza. Uśmiechnięci, tulimy się do siebie. Autorem zdjęcia jest Iniesta. Uwielbiam tę fotkę…

*

                No i mamy sobotę. Dzień wolny od pracy. Taa, dla kogo wolny, dla tego wolny. Ja muszę jeszcze sporządzić nową umowę dla Bartomeu i dla nowego klienta. A wszystko to już na poniedziałek. Z reguły nigdy nie pracuję w niedziele, więc muszę to odbębnić dzisiaj. No i oczywiście, nie mogę zapomnieć o tym, że o dwudziestej zaczyna się mecz. Cieszę się prawie tak jak moi pracownicy. Jednak nie mam zamiaru siedzieć obok nich. Ja mam miejsce w środkowym sektorze, a oni bardzo blisko murawy. No co? Zasłużyli sobie na taką formę premii.
                Zegar wybija osiemnastą. Odkładam papiery do teczki – skończone. Odchylam głowę do tyłu i przeciągam się z ulgą. Idę do kuchni. Otwieram lodówkę i tępo gapię się na jej zawartość. Przydałoby się coś zjeść. W końcu wyciągam brytfankę z dzisiejszym obiadem. Nakładam sobie porcję farfalle di pollo i podgrzewam. Po posiłku biorę szybki prysznic, układam moje długie włosy za pomocą dyfuzora i idę się odziać. Wybieram jeansowe szorty od RAG & BONE, klubową koszulkę i moje ukochane FCB Air Maxy 1 iD. Jest godzina siódma. Zabieram komórkę, bilety i klucze. Wychodzę z mieszkania, zamykam je, po czym udaję się na przystanek komunikacji miejskiej, skąd mam zamiar dostać się na Camp Nou. Tam witają mnie już tłumy kibiców, a wśród nich moi współpracownicy.
– No to co, panowie? – zagaduję – Nie będziemy chyba stać w tej długiej kolejce. – szczerzę się, a oni ze zdziwieniem unoszą brwi – Oj, nie patrzcie tak na mnie! – zanoszę się śmiechem – Ochroniarz to mój stary znajomy. Może mnie jeszcze pamięta – zapraszam ich gestem, by poszli za mną.
                Przepychamy się do bocznego wejścia, które znam jeszcze z czasów mojego związku z Maschim. Z tego co mówił Dani, Aleix nadal tu pracuje i dzisiaj ma stać przy drugim wejściu. Mam nadzieję, że mnie rozpozna i wpuści nas bez zbędnych ceregieli. W oddali widzę już sylwetkę postawnego Hiszpana. Z uśmiechem na ustach zbliżam się do niego.
– Aleix! – krzyczę radośnie.
– Ana?! – przytula mnie, podnosi do góry i okręca się ze mną. Chyba nie dowierza, że to dzieje się naprawdę – Co ty robisz w Barcelonie?
– Mieszkam.
– Serio? Idziesz na mecz? – pyta w końcu.
– Tak. Obiecałam pracownikom taką formę premii za udane zlecenie…
– No to już. Nie pozwolę, żeby nasza Ana stała w takiej cholernie długiej kolejce. Jeszcze na tych ślicznych nóżkach pojawią się jakieś żylaki czy coś – śmieje się ze mnie.
– Oj, Aleix. Ty nigdy nie dorośniesz – rozburzam jego starannie ułożoną fryzurę.
– Nie mam takiego zamiaru. Miłego meczu.
– Dziękujemy! – macham mu na pożegnanie – No i widzicie jaką macie świetną szefową? – szepczę.
                Pracownicy idą na swoje miejsca w drugim rzędzie, a ja udaję się do środkowego sektora. Siadam i uważnie lustruję murawę, na którą zaczynają wychodzić zawodnicy. Wśród nich dostrzegam dwóch przystojnych Brazylijczyków. Daniel rozgląda się i szuka mnie w tłumie. Uśmiecham się szeroko i delikatnie mu macham – świetnie wie, gdzie siedzę, więc jako jedyny jest w stanie dojrzeć mnie z murawy.
                Spotkanie jest bardzo emocjonujące. Zależy od niego bardzo wiele. Wkrótce kończy się La Liga, a Real depcze nam po piętach, że się tak wyrażę. Jednak dzisiejszy mecz przegrali, więc, jeśli my wygramy, to kolejne mecze powinny być już formalnością. Ale nie mów hop, zanim nie przeskoczysz.
                Pełni energii zawodnicy Blaugrany starają się wypracować jak najwięcej sytuacji bramkowych i nie opuszczają połowy przeciwnika. Celność podań i porozumienie może imponować. Gorzej jest z celnością strzałów i wykończeniem akcji.  Efektem okazuje się być końcowy wynik pierwszej połowy, a mianowicie 1:0, ale tylko dlatego, że już w doliczonym czasie Messiemu udało się strzelić główką. W przerwie postanawiam napisać wiadomość do mojego przyjaciela:
„Pogratuluj ode mnie Lio tej główki :D Trzymam za was kciuki, kochani. <3”
Na odpowiedź długo nie czekam:
„Zapraszam potem na piwko ;)”

„Taki jesteś pewien zwycięstwa? Postaraj się lepiej :p Dzisiaj nie dam rady, bo o 8:00 mam spotkanie, ale możemy się umówić na jutrzejszy wieczór. :D Jak nie zaliczysz asysty, to stawiasz.”

„A jak zaliczę, to widzimy się jutro o 18:00 u mnie. I widzę Cię z sześciopakiem, królewno ;)”

                Uśmiechnęłam się do telefonu. Nie będę mu nic odpisywać, bo za niecałe dziesięć minut kończy się przerwa. A jeszcze tylko tego brakuje, żeby Enrique się na niego przeze mnie wkurzył. Wsłuchuję się w dźwięki sączące się z głośników. Nie znam tej piosenki, ale zdecydowanie wpada w ucho, więc delikatnie ruszam się w jej rytm. Chwilę później zawodnicy wracają na boisko. Rozpoczyna się druga część spotkania. Duma Katalonii od razu bierze się do roboty. W ruch idzie tiki–taka. Piłka leci dokładnie tam, gdzie zamyślił nadawca. Prostopadłe podanie do Messiego, który wymija trzech obrońców i zdobywa bramkę. Trybuny szaleją. Zresztą nie ostatni raz tego wieczora. Już osiem minut po tym wydarzeniu Rakitić wywalcza rzut rożny. W polu karnym stoi świetnie ustawiony Piqué. Ini dośrodkowuje, w polu karnym delikatne przepychanki, ale ostatecznie Gerard trafia głową w piłkę, a ta ląduje idealnie pod poprzeczką. Kolejne minuty nie przynoszą zmiany wyniku. Dopiero w osiemdziesiątej dziewiątej Mascherano podaje do Daniego, ten biegnie wzdłuż boiska i podaje do znajdującego się w polu karnym da Silvy Santosa, który bezbłędnie przyjmuje piłkę i uderza prawą stopą. Bramkarz nie ma nawet najmniejszych szans. Mecz kończy się wynikiem 4:0 i muszę przyznać, że mnie jak najbardziej satysfakcjonuje. No i przegrałam właśnie zakład. Jutro muszę wpaść do Alvesa z sześciopakiem, ale co mi tam? WYGRALIŚMY!!!

*

– Pani prezes! – woła mnie sekretarka, kiedy tylko przekraczam próg firmy.
– Co tam Lorena? – uśmiecham się do niej.
– Właśnie dzwonił pan Josep Maria Bartomeu i prosił o przełożenie spotkania na jutro, bo zwołali im jakąś nadzwyczajną radę czy coś takiego. Prosił na ósmą – mówi na jednym wdechu.
– Dobrze. W takim razie dzisiaj tylko Ramirez, tak?
– Dokładnie. O jedenastej.
– Mamy teraz za piętnaście ósmą… Dobra, to ja idę do biura. Jakby coś to łącz ze mną.

*

                Dochodzi godzina osiemnasta. Wysiadam z auta i z sześciopakiem w ręku dzwonię do drzwi. Po chwili otwiera mi uśmiechnięty od ucha do ucha Brazylijczyk.
– Już jest! – drze się do kogoś, po czym wciąga mnie do domu.
– Do kogo ty… – i nagle milknę, widząc siedzących na kanapie Messiego i Piqué.
– A myśleliśmy, że już się rozmyśliłaś – szczerzy się Lio.
– Och, no nie patrz już tak na nas, tylko chodź się przytulić – zaprasza Gerard.
                Podbiegam do nich i wpadam w te silne ramiona. Mimowolnie po moim policzku spływa łza. Łza szczęścia…
                Reszta wieczoru mija nam jak klasyczne spotkanie przy piwie. Pogaduszki, śmiechy, wspomnienia i takie tam. Oczywiście nadchodzi też pora na rozegranie meczu w FIFĘ. Nie mam z nimi szans, ale jestem do tego poniekąd przyzwyczajona. Koło dwudziestej trzeciej zamawiam taksówkę i wracam do siebie. Rano odbiorę auto – jeszcze przed spotkaniem.



środa, 13 lipca 2016

IV

Znowu siedzę w biurze i zajmuję się rozliczeniami. Ściągam okulary i wyjmuję z torebki wibrujący telefon. Przyglądam się ukazującemu się na wyświetlaczu numerowi. Nie znam go i normalnie odrzuciłabym połączenie, ale coś mi mówi, żebym jednak odebrała. Tak też czynię.
– Tak, słucham? – odzywam się.
– Panna Anastazja Milik? – pyta rozmówca. Chyba powinien wiedzieć do kogo dzwoni, mam rację? Już chcę mu to wygarnąć, ale powstrzymuję się.
– Przy telefonie.
– Z tej strony Josep Maria Bartomeu. Pamięta mnie panienka?
– Ależ oczywiście. W czym mogę pomóc? – uśmiecham się sama do siebie.
– Wczoraj mieliśmy spotkanie i stwierdziliśmy, że chcielibyśmy nawiązać współpracę z reprezentowaną przez panienkę firmą.
– Cieszę się – przyznałam.
– Na początek chcielibyśmy dać do renowacji najbardziej zaniedbane meble, które od lat nie były zmieniane. Jeśli poradzą sobie z tym państwo, to damy wam kolejne zlecenia.
– Nie ma problemu. Kiedy mogłabym przyjechać obejrzeć meble?
– Myślę, że w poniedziałek około godziny ósmej byłoby dobrze, bo o dziesiątej zaczyna się trening. Od razu podpisalibyśmy umowę…
– Oczywiście. Zaraz ją przygotuję.
– Tylko to nie będzie u mnie. Meble pochodzą z biura pana Luisa Enrique, ale pojawię się, żeby podpisać umowę.
– W porządku. Czy od razu będziemy je zabierać, czy…? – urywam.
– Tak. Może panienka zabrać swoich ludzi. W takim razie do zobaczenia.
– Do zobaczenia. – żegnam się – Lorena!
– Tak, pani prezes? – wbiega do mojego biura.
– Zwołaj mi tu proszę chłopaków.
– Coś się stało? – jest wyraźnie zmartwiona.
– Tak. – robię dramatyczną pauzę – Dostaliśmy to zlecenie!
                Moi pracownicy najwidoczniej bardzo się cieszą z tego kontraktu, bo skaczą jak durni. Ja z kolei dzwonię do Marka, żeby pochwalić się moim osiągnięciem. Cieszy się razem ze mną, ale jest też pełen obaw, czy uda nam się sprostać wymaganiom klubu, a zwłaszcza zarządu. Pocieszam go, mówiąc, że mamy tu świetny zespół i ja sama wszystkiego dopilnuję – nawet załadunku i transportu.

*

                Ten poranek zasadniczo różni się od wszystkich poprzednich. Mimo dosyć ponurej jak na stolicę Katalonii pogody, wstaję uśmiechnięta. Wypijam dużą latte, odbębniam poranną toaletę, maluję się i ubieram. Wybieram zwykłe, ciemne jeansy, a do tego granatową bluzeczkę z białym napisem: „SOME PEOPLE JUST NEED A HIGH–FIVE” oraz balerinki w tym samym kolorze. Opuszczam radośnie mieszkanie i spoglądam w niebo z nadzieją, że obejdzie się dziś bez deszczu. W innym wypadku trzeba będzie najpierw zabezpieczyć meble, zanim chłopcy je przeniosą do busa, a to wydłuży czas załadunku. No, ale na wszelki wypadek musimy zabrać folię.
                Pod siedzibą firmy sprawdzam po raz setny, czy mam wszystko, co potrzebne. Wsiadam do mojego A5 Coupe i wyruszam w drogę. Chłopcy grzecznie jadą za mną. Jako że nie ma zbyt wielkich korków, po kilkunastu minutach jesteśmy już pod Camp Nou. Wspomnienia znowu wracają… Ale STOP!!! Jesteś w pracy! Od ciebie zależy przyszłość firmy – karcę się w myślach.
– To co? – pytam Diego, Paco i Lalo – Gotowi? – posyłam im przepełniony radością i satysfakcją uśmiech.
– Tak jest, szefowo! – odpowiadają jednogłośnie.
– No to chodźmy. Zapraszam za mną – i po raz kolejny już przekraczam próg tego cudownego miejsca.
Od razu kieruję się w stronę biura głównego trenera pierwszego zespołu. Dobrze pamiętam, gdzie ono się znajduje… Po chwili jesteśmy już na miejscu. Drzwi są uchylone, więc wchodzę do środka, a oni spoczywają w recepcji. Za biurkiem siedzi ponad czterdziestoletni brunet, a na fotelu obok Josep. Postanawiam się uprzejmie z nimi przywitać.
– Dzień dobry panom – mówię.
– O, panienka Anastazja. Miło znów panienkę widzieć. – prezydent podchodzi do mnie i delikatnie całuje moją dłoń, a ja się rumienię – Luis, poznaj tę cudowną Polkę, która odmieni nasze meble.
– Miło mi. – podaje mi dłoń – Luis Enrique.
– Anastazja Milik. – uśmiecham się delikatnie – To jak? Możemy zaczynać? – pytam i przystępuję do pracy.
– Więc dajemy wam to, to, to, tamto, to i tamto też – zaczyna wyliczać trener.
                Robię kosztorys dokładnie przyglądając się przedmiotom i notując wszystkie uwagi Enrique. Wtem dzwoni komórka Bartomeu. Odbiera i zaczyna z kimś żywo dyskutować.
– Panienko Milik, przykro mi, ale będę musiał już lecieć. Nie potrafią się beze mnie obejść. – ukazuje rządek białych zębów – Zresztą pewnie sama panienka wie, jak to jest. Więc może zróbmy tak, że ja się tu podpiszę na tych papierach, a Luis wszystko sprawdzi i to jego podpis będzie decydujący, dobrze?
– Nie ma problemu.
                Po chwili prezydent klubu zostawia mnie samą ze szkoleniowcem. Dokańczam wycenę i przedstawiam mu wszystkie szczegóły.  Z uznaniem kiwa głową.
– Jestem pod wrażeniem. Nigdy w życiu nie widziałem takiego przygotowania. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz sama tego wszystkiego dźwigać. – szybko się reflektuje – Przepraszam, mogę ci mówić po imieniu?
– Pewnie. A co poprzedniego pytania, to… No wiesz, jestem przygotowana na wszystko. Nie takie rzeczy się robiło. – śmieję się – Ale spokojnie, dziś zajmą się tym moi pracownicy. Dobra, to ja ich już wołam, żeby zaczęli znosić meble, a my zaraz podpiszemy umowę.
                Po chwili wracam z chłopcami i wszystko im tłumaczę. Zwracam uwagę na niezwykle cenną sofę.
– Tylko błagam was, ostrożnie! – pouczam.
– Spokojnie, szefowo – śmieje się Diego.
– Pani prezes nam nie ufa? – szczerzy się Lalo.
– Będzie dobrze, szefowo – wtóruje im Paco.
– Dobra, dobra. Jeśli pan Enrique nie będzie zadowolony to nie dość, że nie dostaniecie premii, to jeszcze zaleziecie za skórę najlepszej na świecie drużynie, która dla Katalończyków jest poniekąd wszystkim. Już! – krzyczę – Do roboty!
– Widzę, że zły szeryf się w tobie odzywa – zanosi się śmiechem Asturyjczyk.
– Cóż, w końcu jestem „panią prezes”. – maluję w powietrzu cudzysłów – Dobra, to teraz podpisz mi się tu, tu i tu. – pokazuję wyznaczone miejsca – Ja też zaraz zrobię to samo – dodaję.
                Trener bierze do ręki długopis i robi to, o co go poprosiłam. Teraz moja kolej. Składam mój autograf obok pozostałych gryzmołów. Ci faceci nie mają zbyt pięknego charakteru pisma. Kiedy dochodzę do ostatniej strony umowy, czynność nagle przerywa mi zasapany Paco.
– Co dalej?
– Fotele. – pokazuję i po jego wyjściu kontynuuję uzupełnianie dokumentów  – Dobra. To jest dla mnie, a to dla ciebie i Josepa – wręczam mu plik kartek.
                Podajemy sobie ręce w znaku dobicia interesu. Z holu dochodzą nas śmiechy. Słyszę jakiś męski głos. Ktoś zwraca się do Luisa, choć jeszcze nie jest w biurze.
– Trenerze, a co tu za ludzie nam meble wynoszą? O czymś nie wiemy?
                Do środka wchodzą dwaj piłkarze. Śmieją się, ale milkną na mój widok. Stoję do nich plecami.
– Ana? – słyszę słaby, pełen niedowierzania głos, który rozpoznałabym wszędzie. Odwracam się do przybyszy i delikatnie uśmiecham.
– Cześć – to jedyne no co mnie stać, po tak długiej przerwie.
– Co ty tu robisz? – pyta Gerard.
– Pracuję – kąciki moich ust unoszą się nieznacznie.
– No właśnie, panowie. Anastazja pracuje, a wy? Czemu się nie przebieracie? Zaraz zaczynamy trening – odzywa się trener.
– Bo my mieliśmy do trenera sprawę, ale teraz to już nie ma znaczenia – rzuca Alves.
– Szefowo! – drze się Lalo – Wszystko zapakowane. Jesteśmy gotowi do wyjazdu.
– To dobrze – posyłam słaby uśmiech.
– A… Szefowo? – drapie się po głowie – Bo myśmy sobie tak z chłopakami pomyśleli, że skoro wyrobiliśmy się tak szybko, to może załatwiłaby nam szefowa w nagrodę jakieś bilety na mecz? – robi minę kota ze „Shreka”.
– Dobra, dobra. Już ja znam te wasze numery. – śmieję się – Pomyślimy. A teraz jedźcie już do firmy i delikatnie, ale to delikatnie i uważnie przygotujcie meble do renowacji, dobrze? I widzimy się jutro.
– No dobrze. To szefowa już nie wraca do biura?
– Nie. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia na mieście. Ale dziękuję, że tak się przejmujecie moją skromną osobą. Do jutra – macham mu na pożegnanie.
– „SZEFOWO”?! – wykrztusza z siebie Brazylijczyk.
– Tak się mówi, jeśli ktoś prowadzi firmę – zauważa Enrique.
– Firmę? Czyli przeprowadziłaś się do Barcelony? – niedowierza Gerard.
– Piqué, co ty takie dziwne pytania zadajesz? Jak się prowadzi firmę, to zazwyczaj mieszka się w pobliżu jej siedziby – znowu wtrąca się trener.
– Tak, mieszkam tu. No, a teraz panowie pozwolą, że ja już pójdę, bo spieszę się na kolejne spotkanie. – pakuję do torebki umowę i poprawiam bluzkę – Zadzwonię, jak już wszystko będzie gotowe. Do zobaczenia – żegnam się z Luisem i mijam w drzwiach dwóch piłkarzy, którzy stoją jak słupy soli.
                Zbiegam po schodach, próbując powstrzymać łzy. Jednak czuję jak mimowolnie oczy zaczynają mi się szklić. Robię głęboki wdech, gdy opuszczam mury niezwyciężonej świątyni piłki nożnej. Zwalniam kroku i czuję jak ktoś mnie obejmuje w talii. Odruchowo łapię za jego dłonie. Wiem, że przytula mnie Daniel. Delikatnie odwracam się w jego stronę. Wpatrujemy się w swoje oczy. W końcu nie wytrzymuję i po moim policzku spływa łza, którą w oka mgnieniu wyciera Alves. Zarzucam mu ręce na szyję i mocno się niego wtulam.
– Dani. – szepczę – Przepraszam.
– Ana, nawet nie masz pojęcia, jak ja się za tobą stęskniłem. Zresztą nie tylko ja – dodaje, kiedy się od siebie odklejamy.
– Dani, dobrze wiesz, że to nie tak… – zaczynam.
– Wiem, wiem. Czyli to prawda? Wróciłaś?
– Tak. Na stałe. Przynajmniej taką mam nadzieję – próbuję wysilić się na jakikolwiek uśmiech, ale chyba niezbyt mi to wychodzi.
– Czemu mi nie powiedziałaś? – wydaje się być zawiedziony.
– Cholera, Alves. Nawet nie masz pojęcia, ile razy miałam już wpisany na wyświetlaczu twój numer, ale w ostatniej chwili tchórzyłam. Myślałam, że tak będzie lepiej. W końcu to duże miasto i nie powiedziane, że musielibyśmy gdzieś na siebie wpaść.
– Chyba sama w to nie wierzysz. – mruczy – Możemy się spotkać?
– Przepraszam, ale spieszę się. Praca wzywa – chcę udać się do auta, ale Brazylijczyk łapie mnie za nadgarstek.
– Poczekaj. Twoja firma zajmuje się renowacją skór, tak? – kiwam głową w geście potwierdzenia – No, a moja kanapa wymaga czegoś takiego. Pomożesz?
– Oj, Dani, Dani. – śmieję się – O której kończysz jutro trening?
– O drugiej.
– Okay, to będę u ciebie przed trzecią. Mieszkasz tam gdzie dawniej?
– Tak.
– To do zobaczenia – całuję go subtelnie w policzek i odchodzę.
                Wszystko jest pięknie, cacy, a tu nagle – BUM! Dlaczego zawsze jest tak samo? I dlaczego zawsze przydarza się to właśnie mnie? Szczęście omija mnie szerokim łukiem, czy może właśnie na odwrót?
                Bardzo stęskniłam się za chłopcami i właśnie dlatego, kiedy zobaczyłam ich w biurze Enrique moje serce zaczęło bić szybciej. Cieszyłam się i bałam jednocześnie. Nie miałam pojęcia, jak mogą zareagować.

*

                Jadę w tak świetnie znanym mi kierunku. Z każdą minutą, a nawet sekundą zaczynam się coraz bardziej denerwować. Zaciskam mocno ręce na kierownicy. Po jaką cholerę ja się tam wybieram?! A co jeśli on powie Mascherano? Nie, nie zrobi mi tego… Mimo wszystko nadal mnie lubi – przynajmniej takie odnoszę wrażenie. No chyba, że zaprasza mnie do siebie po to, żeby zamknąć mnie w ciemnej piwnicy i zabić za moje występki.
                Ubrana w „podarte”, obcisłe jeansy, czarną koszulkę z napisem głoszącym „HELLO FRIDAY” oraz kolorowe Adidasy parkuję pod jedną z okazalszych w tej dzielnicy willi, wyciągam ze stacyjki kluczyk, łapię torebkę i wysiadam. Powoli zmierzam do drzwi. Zamykam oczy i naciskam dzwonek. Słyszę jak ktoś nadchodzi. Drzwi się otwierają, a w nich stoi uśmiechnięty Brazylijczyk.
– Ana! Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że przyszłaś – od razu bierze mnie w swoje objęcia, a ja się temu poddaję.
– Oj, Dani, Dani. Może zanim mnie udusisz tym swoim uściskiem, to najpierw dasz mi odnowić twoje meble, co? – śmieję się.
– Wchodź, Mała. Kawy? – pyta zmierzając w kierunku kuchni.
– Poproszę. Pamiętasz jeszcze jaką?
– Jakże bym śmiał zapomnieć – posyła mi promienny uśmiech.
                Wraca do salonu, gdzie siedzę na jednej  kanap i podaje mi kubek z dawką kofeiny. Biorę łyka i podświadomie się uśmiecham. Piłkarz zajmuje miejsce tuż obok mnie. Patrzy na widok na oknem.
– Dobra, Alves. Mów, o czym chciałeś rozmawiać, bo raczej nie o meblach. Są nowe – unoszę wysoko brew.
– No tak, niedawno je kupiłem, ale myślałem, że inaczej nie zgodzisz się mnie odwiedzić – mówi patrząc mi prosto w oczy.
– Pewnie bym się nie zgodziła – przyznaję mu rację.
– Ana, dlaczego nas zostawiłaś? – wyrzuca z siebie, a ja prawie krztuszę się kawą.
– Dani… – zaczynam – To nie takie proste…
– Nie kochałaś go? – przypatruje mi się wyczekująco – To mogłaś z nim zerwać, ale nie musiałaś wyjeżdżać!
– Daniel, do cholery! Myślisz, że to była dla mnie łatwa decyzja?! Nie. – ściszam ton – Kochałam go, naprawdę go kochałam i nie chciałam, żeby przeze mnie cierpiał. Dlatego wyjechałam. Uznałam, że tak będzie lepiej – czuję jak szklą mi się oczy.
– No dobrze, ale nie mogłaś się odezwać? Nawet życzeń świątecznych nie przysłałaś – zarzuca mi.
– Nie miałam pojęcia, czy będziecie chcieli mieć ze mną do czynienia – mówię ledwie słyszalnie.
– Mała, – łapie mnie za brodę – zawsze będziesz dla mnie ważna – przytula mnie mocno.
– Dziękuję – daję mu buziaka w policzek i podnoszę się z siedziska.
– A ty dokąd?
– Na spotkanie. Wiesz, niektórzy muszą się napracować, żeby mieć, co jeść, a nie jak ty – śmieję się.
– A dasz mi chociaż do siebie jakiś numer? Przecież możemy się chyba spotykać? – prosi, niemalże błaga. Wyciągam wizytówkę i kładę ją na stoliku – Dalej go kochasz?
– Głupie pytania zadajesz, wiesz? – posyłam mu całusa i wychodzę, machając. Czas wrócić do żywych.
                Jestem zdania, że nic nie dzieje się bez przyczyny. To niespodziewane spotkanie z Piqué i Alvesem też ma jakiś cel. Nie wiem jeszcze jaki, ale prędzej czy później to wyjdzie na jaw. Tylko co teraz? Wiem, że nie uda mi się już uciec przed przeszłością. Przed Danim na pewno. I znowu się zacznie… Ale może to i dobrze? Oni wszyscy byli, są i będą częścią mojego życia – niezależnie od wypadków.